Autoreklama

Autoreklama

2017/12/10

Skraplanie

Dawne wzorki malowane przez mróz na szybach, zastępuje widok wody skroplonej na oknach. Uszczelniliśmy domy a zimy złagodniały.


Skraplają się uczucia minionych tygodni, nadszedł czas by odparowały. Testuję nowy obiektyw, który dostałam na Mikołaja. A jutro piekę chleb :-)

2017/12/09

Zakwas na chleb

Robię go z najlepszej mąki, jaką mam w domu. Dobrze, żeby była z pełnego przemiału. Jeśli chcecie zrobić zakwas biały - levain, mąkę orkiszową pełnoziarnistą kupicie tutaj - klik



D z i e ń  1 (pierwsze podwójne zdjęcie):
Wyparzam duży słoik. Sypię do niego 100g mąki i wlewam 100 ml przegotowanej letniej wody. Przykrywam lnianą ściereczką, przymykam wieczko (ale nie zamykam słoika) i stawiam przy kaloryferze. Potrzebne mu przyjemne ciepło.

D z i e ń  2:
Zakwas delikatnie bąbelkuje i lekko się rozwarstwia. Dodaję kolejne 100g mąki oraz 100 ml letniej, przegotowanej wody. Mieszam i odkładam tam, gdzie wcześniej. Niech dalej pracuje.

D z i e ń  3:
Zakwas ma już dojrzałą strukturę z wyraźnymi bąbelkami, znacznie zwiększa się też jego objętość. Zapach ma lekko kwaśny owocowo-octowy, to dobrze. Dodaję 100g mąki i tym razem 60ml letniej przegotowanej wody. Dzięki temu będzie dłużej przerabiał mąkę i będzie gęstszy. Mieszam i słoik stawiam na blacie, teraz musi mieć trochę chłodniej. Praca wre w nim już na potęgę.

D z i e ń  4 (zdjęcie z kotem):
Ostatni dzień dokarmiania. Pachnie winem i octem, kwaśno. Dodaję 100g mąki i 60ml letniej przegotowanej wody. Mieszam i zostawiam na blacie tym razem na 12 a nie 24 godziny. Uwaga, może wykipieć, jeśli słoik nie był dość duży.

D z i e ń  5:
Mam pełen słoik zakwasu. Nadwyżki zużyję do zrobienia naleśników, bułek, racuszków. Warto, bo zakwaszona mąka jest pełna dobroczynnych bakterii. Młody zakwas (zwłaszcza orkiszowy) jest zbyt słaby, by dobrze spulchnić ciasto, więc piekąc pierwsze chleby dodaję odrobinę drożdży spożywczych dobrej jakości. 


Ku pamięci: korzystałam z książki Piotra Kucharskiego "Chleb".

2017/12/08

No fotos


Nastawiłam prosto robiony zakwas, z najlepszej mąki jaką miałam w domu. Co roku w grudniu nachodzi mnie tęsknota za zapachem domowego chleba. Oczywiście na początku będzie słaby i bez dodatku drożdży się nie obędzie, ale mam te dobrej jakości, pędzone na melasie buraczanej. Córka prosi o chleb czekoladowy, od miesięcy.

Żeby nie było,
wczoraj a czasem i dzisiaj obiad bywa z garmażerki. W idealnym świecie moja rodzina z apetytem pałaszuje wyrabiane przeze mnie dania, dając się fotografować w pięknym świetle i cudownie zaaranżowanych przestrzeniach (przez kogo? za ile?). Bzyyyt. Świat idealny nie istnieje. Jest za to świat dość dobry, a w nim osiedlowe garmażerki.

Aha, pierogi zostały wykonane, uwiecznione (klik), trwa jedzenie. Z blisko dwudziestki różnych ujęć i aranżacji dwa zdjęcia okazały się wyraźne, niestety nie te w czerwonej, świątecznej misie (która okazała się niefotogeniczna). Obiecanego przez synoptyków słońca nie było a do osiedlowej rupieciarni nie dotarłam. Marzę o koszykach rozrostowych do chleba.

Zrobiłam przegląd książek kulinarnych i na przedzie ustawiłam te z kuchnią polską i retro. Zjadam "paprykarz szczeciński" (klik) albo jajka na miękko z pumperniklem, syn prosi o kopytka, zamiast kawy z mlekiem piję kawiankę z wodą, dominuje smak gorzki a na blogu - niezależność. 


2017/12/06

Zdjęć nie będzie


P i ą t a  p i ę ć d z i e s i ą t - ciemno, pocieszam się, że o szóstej pięćdziesiąt nie byłoby jaśniej. Na śniadanie sobie i córce przygotowuję budyń zbożowy z owocami (klik), syn woli wczoraj robione naleśniki (klik), mąż nie jada śniadań, wybiera spanie do ostatniej chwili. Furczy ekspres, nastawiony po omacku przez córkę, pachnie nową kawą z pomarańczami. Jak wszyscy opuszczą dom, zostaną dwie brudne miski, otwarte pudełko po kaszce instant, obierki, upaćkany nóż, mały rondelek, cztery do sześciu kubków, łyżki, talerze. Nie do wiary.

D o c h o d z i  d z i e w i ą t a, zamieściłam wpisy i powinnam wziąć się za produkcję modela do zdjęć. Pogoda jednak niełaskawa, ciemno i deszcz zacina. Brak światła wygonił mnie ostatnio na balkon, gdzie urządziłam sobie prowizoryczne studio, przyklejając tapetę z drewnianym motywem do plastikowej skrzynki narzędziowej. Stary fotograficzny trik. Jednak przy dużym wietrze model potrafi sfrunąć piętro w dół i potem ani go zjeść, ani uwiecznić. Ostatnio wiatr zerwał mi nawet tapetę, podstępnie nocą. Doświadczenie mówi mi więc, że dzisiaj nic z tego. Czas robić obiad dla rodziny.

P i ę t n a s t a, znowu ciemno. Piekę buraki, bo pogoda na jutro obiecuje przejaśnienia. Oczywiście w dniu zaplanowanych wizyt lekarskich, więc z aparatem będę mogła co najwyżej pomykać Lubartowską (klik). Może zabrać danie z buraków ze sobą? (wraz z torbą dodatków do świątecznej stylizacji). Córka biega po domu w czapce mikołaja, podobno dzięki niej będzie miała zniżki na lodowisku. Czekam na odbiór faktur, nadaremno, kot w kuchni okupuje okolice piekarnika. W wolnych chwilach przeglądam w necie stylizacje świąteczne, ceny przyprawiają mnie o zawrót głowy, więc obiecuję sobie wznowić czwartkowe wypady do osiedlowej rupieciarni po fajans i tkaniny. Przypominam sobie, że czwartek jest jutro.

P r z e d  s n e m  trę pieczone buraki na drobno, rano po ciemku będę zagniatała ciasto na pierogi. Jeśli nawet domyślacie się co to będzie za danie, to niech to zostanie naszą tajemnicą. Znowu pachnie pomarańczową kawą. Cóż, musicie mi uwierzyć na słowo, bo zdjęć nie będzie.

2017/12/01

Witaj grudniu!

W październiku grudzień, styczeń w listopadzie, tak z grubsza toczy się praca blogera.  



Zdjęcie cantucci (włoskie biszkopciki z migdałami i żurawiną) robiłam miesiąc temu (przepis wkrótce tutaj - klik). Pamiętam, zastanawiałam się wtedy co u mnie się zmieni, czy znajdę odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, czy domknę sprawy? Im jestem starsza, tym życie wydaje mi się bardziej skomplikowane. 

Witaj więc grudniu, jaki będziesz? Mam nadzieję, że łaskawszy. Na moim nocnym stoliku wspaniałe "Nieznane więzy natury" Wohllebena i "Retro kuchnia" Ani Włodarczyk.

2017/11/25

2017/11/24

Rób swoje i patrz pod nogi

Depczę sama sobie po piętach, patrzę to w tył, to do przodu, zamiast pod nogi. 



Muszę dopiąć kilka spraw, żeby wejść ze spokojem w rok 2018. Nie będzie mnie przez chwilę, ale zaglądajcie proszę tu i tutaj czasem też. Na zdjęciach kulinarna foto-zapowiedź grudnia. 


Idę robić swoje i patrzeć pod nogi.


2017/11/20

Jesz łyżką czy oczami?

Zostałam zaproszona do hildegardyzacji przepisów na rok 2018, więc sezon na "nie ruszaj - to na bloga" będzie kontynuowany 😆 (poniżej portret drzewa - miejska brzoza).



Ponieważ jednak nie da się jednocześnie trzymać w ręku przysłowiowej łyżki i aparatu, przyznałam, że wolę aparat, potem słowo. Pracę w kuchni traktuję jak rodzaj medytacji, gotuję intymnie, w pojedynkę. Tutaj bardzo dochodzi do głosu mój introwertyzm, choć z przyjemnością przepracowałam z grupami wiele lat. Warsztaty kulinarne prowadzić? Oj nie, no może kiedyś.


Mam do Was jednak fotozapytanie i nie chodzi o to czym jecie (bo pewnie 🍴). Bardziej interesuje mnie na ile kontrowersyjne są dla Was zdjęcia że tak to ujmę naturalistyczne? Surowe mięso (uwaga! jeleń), skubanie kury, gołe udka, wiejskie jaja z błotem? Bo jak mi Kaśka powiedziała (klik) ludzie to teraz bardzo wydelikaceni są. Na reklamach czyste kurki jedzą ziarno z ręki a psy robią twarde kupy. Tymczasem pierwsze przymrozki, nadchodzą szron, szadź i inne zjawiska pogodowe...

2017/11/18

"Sos pomidorowy" z warzyw korzeniowych

Ja wiem - tytuł posta jest przewrotny, brzmi jak PRL-owski erzac typu sernik bez sera, wyrób czekoladopodobny, albo - wersja współczesna - wegetariański "sznycel". Po sezonie świeże pomidory smakują jednak plastikowo a puszkowane trącą aluminium (jedynie na słoikowe przeciery spoglądam przychylnie). 


"Sos pomidorowy" robię więc z selera, pietruszki, marchwi i buraka:) Smakuje równie dobrze, choć bardziej słowiańsko i świetnie sprawdza się na pizzy, albo lepiej - na podpłomyku:) Jeśli z makaronem, to najlepsze kupuję tutaj - klik.

Składniki: cebula, seler, pietruszka, marchew, pieczony lub parowany burak, masło klarowane, przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy (polecam też bertram, macierzankę, kolendrę, kumin), sól i pieprz kubeba do smaku.

Seler, pietruszkę, marchew i buraka ścieram na tarce jarzynowej. Cebulę kroję w piórka i przesmażam na klarowanym maśle, dodaję starte warzywa i chwilę smażę mieszając, dodaję przyprawy, zalewam wodą i gotuję do miękkości. Ugotowane miksuję.


2017/11/17

Nowe w książkościsku

Do tej pory byłam przekonana, że upał to najgorsza forma istnienia świata, jednak tegoroczny listopad mocno załazi mi za skórę. Śledzę prognozy pogody wypatrując przejaśnień, które z dnia na dzień przesuwają się coraz bardziej w głąb tygodnia i kraju. Jedynym ratunkiem są książki.



Pulę finansów na nowe mam ograniczoną, więc muszę dobrze wybrać. Z nowości zdecydowałam się na "Kaukasis" Olii Herkules - przepiękny, kulinarny reportaż i te niesamowite, naturalne zdjęcia! Kolejny raz przekonuję się, że reaktywacja przepisów ma dla mnie większe znaczenie niż tworzenie nowych. Z nostalgią błądzę wzrokiem po tej uszczerbionej w dawny sposób rzeczywistości.

Zamówiłam też "Kuchnię Słowian" Hanny i Pawła Lisów (nagrodzoną w kategorii Prix de la Litterature Gastronomique). Dieta słowiańska wczesnego średniowiecza - nasze kulinarne korzenie. Zaskoczył mnie szarłat (amarantus), soczewica, konopie siewne. Len zamiast rzepaku, kasza owsiana. Jestem przekonana, że jako organizmy opornie poddające się procesom ewolucyjnym, łatwiej trawimy i przyswajamy to co od pokoleń rosło na naszej ziemi. 

Z tekstów bardziej czytanych "Piano rysuje sufit", ze względu na Autorkę. Jeszcze nie zaczęłam czytać a już wolałabym prędko nie skończyć. Nie oparłam się też promocjom: na nową "Jadłonomię" i "Rośliny nas ocalą". Teraz najchętniej zakopałabym się z nimi pod kocem lub w kuchni. Życie jednak wzywa.

2017/11/15

Domowy "paprykarz szczeciński"

Próbowałam analizować pochodzenie moich rodzin od strony taty i mamy, ale uznałam że ciało zna odpowiedź. Kuchnia francuska i włoska mnie nie porywają, raczej ciągnie mnie na wschód. Mam najstarszą z grup krwi, słowiańskie korzenie i sentyment do przepisów PRL-u (klik). Taka jest moja kulinarna tożsamość. Dziś "paprykarz szczeciński" Liski - klik, klik.


Składniki: 4 łyżki masła klarowanego, 1 cebula i 2 ząbki czosnku drobno posiekane, 3 starte na grubej tarce marchewki, 2 liście laurowe, ziele angielskie i majeranek (2 łyżeczki), papryka słodka w proszku (2 łyżeczki), papryka ostra i wędzona (po pół łyżeczki), sól, pieprz do smaku, 1 mały koncentrat pomidorowy, 1 wędzona makrela 300-400g (można użyć osączonego tuńczyka z puszki w sosie własnym, ale makrela jest bardziej retro), 1-2 łyżki sosu sojowego, 3/4 szklanki ugotowanego ryżu.

Na patelni rozgrzewam masło klarowane i smażę na nim cebulę aż się zeszkli. Dodaję czosnek, marchew i chwilę przesmażam. Podlewam wodą (ok 1/3 szklanki), wrzucam liść laurowy, ziele angielskie i duszę 10 minut aż marchew zmięknie. Dodaję majeranek, paprykę (wszystkie rodzaje), ryż, koncentrat i duszę około 3 minuty. Dodaję rozdrobnioną makrelę (wcześniej starannie usuwam ości), dokładnie mieszam. Połowę porcji miksuję i mieszam z resztą, doprawiam do smaku (sól, pieprz, sos sojowy).

Przyznaję - dałam też szczyptę trzcinowego cukru, by zrównoważyć smak kwaśny. Mąż za to dokroił do niego ostrej papryczki twierdząc, że jego PRL był bardziej pikantny. Można też zrobić z ryżem orkiszowym. Na żytnim chlebie smakuje bosko! W tle leci U2...

PS. Fenomen PRL-u polegał na tym, że choć w sklepach nie było nic, to na stołach było zawsze.

2017/11/11

Bezpiecznie w kuchni

Zawsze ciągnęło mnie do rzeczy naturalnych. Jakoś mniej boje się brudu, bardziej szkodliwej chemii, nie tylko spożywczej. Za bezpieczne uważam w kuchni:



- s z k ł o, żaroodporne naczynia do zapiekania dostałam od bratowej dawno temu, kilka dokupiłam w osiedlowej rupieciarni, sprawdzają się rewelacyjnie, aktualnie poluję na szklaną deskę do krojenia mięsa;
- d r e w n o (stolnica, deski, miski, mieszadełka), uwielbiam akacjowe, marzę o dębowych, podziwiam te z Pracowni Smoków - klik;
- s t a l  n i e r d z e w n ą (nie wchodzi łatwo w reakcje z żywnością), komplet naczyń od taty ma już 15 lat;
- ż e l i w o jest niestety cholernie ciężkie ale mąż kupił mi dwie patelnie: podręczną (na zdjęciu) i grillową, można je dowolnie traktować druciakami bez obawy, że się porysują, za to lepiej je po myciu od razu do sucha wycierać. Kiedyś uzbieram na żeliwny garnek do wypieku chleba.
- g l i n ę, mam taką garnuszko-miskę, w którym gotuję owsianki (kosztowała 19 zł, jedna mi pękła i teraz nie ma gdzie dokupić) oraz podłużną formę do ciasta, są cudownie retro. Uwielbiam gliniane doniczki i kamionkowe naczynia - do kupienia w osiedlowej rupieciarni za grosze (zdjęcie poniżej).
- o g i e ń - tak, tak, kuchenki gazowe to jest to, podczas spalania powstaje dwutlenek węgla, woda i para wodna - żaden z tych związków nie stanowi zagrożenia dla zdrowia człowieka.



Garnki emaliowane są cudne, ale łatwo odpryskują, choć te przywiezione sto lat temu zza wschodniej granicy (jako posag, miałam wtedy 17 lat) wydają się nie do zdarcia. 

Plany rewolucji kuchennych:
- zamienić puszki na ceramikę i szkło;
- wywalić plastik, bo nie jest fantastik;
- skreślić z listy zakupowej garnki miedziane
(aluminowe już dawno nie mają racji bytu);
- mikrofalę wymienić na robota planetarnego.

To ostatnie to będzie dopiero wyzwanie!

2017/11/10

Lazania ze szpinakiem

Wegetariańskie składniki, prosty skład, francuski rodowód, ale zaskakująco smaczna nawet dla kogoś, kto nie jest kulinarnym frankofilem, jak ja. 


Składniki: opakowanie makaronu lasagne (500g, spróbujcie tego - klik), 500g świeżego szpinaku, 2-3 łyżki masła klarowanego do smażenia, 30g masła śmietankowego do sosu, 2 łyżki mąki (spróbujcie orkiszowej), 200ml maślanki, 300g serka twarogowego koziego (może być feta lub ricotta), sól bez antyzbrylaczy, pieprz (spróbujcie kubeba), zioła (może hyzop, tymianek, macierzanka, bertram? nie zapomnijcie o gałce muszkatołowej do beszamelu), 15 orzechów włoskich (obranych i pokruszonych), 2-3 łyżki startego parmezanu.

Przygotowuję szpinak
Rozgrzewam masło klarowane w głębokiej patelni, wrzucam liście szpinaku, doprawiam je solą i pieprzem. Smażę mieszając na dużym ogniu aż stracą jędrność. 

Przygotowuję beszamel
Rozpuszczam w rondlu masło, wsypuję do niego mąkę i chwilę ją przesmażam, mieszając (1-2 minuty aż lekko się zrumieni). Potem wlewam do rondla maślankę i mieszam wszystko trzepaczką. Gotuję 2-3 minuty na gładki sos. Oczywiście dodaję szczyptę gałki muszkatołowej. 

Przygotowuję makaron
Przygotowuję wodę w dużym ganku. Na osolony wrzątek wrzucam prostokąty ciasta na 3 minuty, wyławiam i układam pojedynczo na ściereczce. Dobrze jest to robić partiami po 7-10 plastrów. 

Przygotowuję lazanię
Piekarnik rozgrzewam do 200 stopni. Smaruję naczynie żaroodporne masłem i na spodzie kruszę trochę orzechów. Na dnie naczynia rozkładam płaty makaronu (polecam w jodełkę), smaruję je cienką warstwą beszamelu, na to daję ser a na wierzch układam warstwę szpinaku i pokruszone orzechy. Przykrywam wszystko kolejną warstwą makaronu i powtarzam kolejne czynności. Trzecią warstwę układam w ten sam sposób: makaron, sos, ser, szpinak, orzechy. Na wierzchu posypuję lazanię parmezanem.

Wstawiam naczynie do piekarnika na 30-40 minut.

Ku pamięci: przepis pochodzi z książki "Naturalnie" Alana Ducasse (s. 165), odrobinę tylko poddałam go "hildegardyzacji" i trochę zamieszałam w proporcjach.

2017/11/09

Miasto (sz)czeka

W listopadzie rok rocznie idę w miasto z aparatem, szukam miejsc zapomnianych, ciekawych w sposób nieoczywisty. Nie przeszkadza mi chłód, chmury i mgła. One są dopełnieniem sytuacji.





Te robiłam w trudnym dla mnie dniu czekania na ważne informacje. Szukałam wytchnienia od tego czekania, potrzebowałam nabrać siły do decyzji i do kroków, które będę musiała podjąć.

Ulica Lubartowska w Lublinie - towarzyszy jej zła sława i zaniedbanie, ale jest ubrana w najlepsze murale.


Choć to może zaskakujące, lubię tę część Lublina: Unicką, Czwartek, trolejbusy Lubartowskiej. Bardzo dobrze je znam, mieści się tu szpital, w którym rodziłam dzieci, budynek, w którym pracowała moja mama, niedaleko jest moje liceum. Chodzę tu po swoich śladach.


2017/11/07

Zielono mi, szpinakowo

A jednak lubię listopad, zamglony, minimalistyczny, bez liści, z leciutkim mrozem o poranku. Joanna ma rację, że światło w tym miesiącu jest niskie i krystaliczne. Trzeba tylko dobrze rozplanować dzień, by zdążyć je złapać.


Jak wiecie bloguję zawodowo i mam do Was prośbę, bo nie jestem zbyt dobra w promocji. Jeśli możecie/chcecie to udostępniajcie proszę moje wypisy stąd i stąd. Będzie mi niezmiernie miło. Wszystkim, którzy już, bardzo dziękuję za dotychczasowe i przyszłe starania.

A na zdjęciu maślanka i szpinak - będzie lazania. Lubicie?

Raz-dwa-trzy jedno oko patrzy

Oko aparatu albo oko kota :-)


Tymczasem na rodzinnej imprezie ze słodkości dwa szlagiery - klik, klik i jedna nowość - KLIK. Tak na oko trudno było zgadnąć z czym ta tarta?

2017/11/03

Listopad z kawą i książką

Wraz z kotem i pod ciepłym kocem. Na blogu zawodowym polecam kawę orkiszową zmieszaną z odrobiną kawy naturalnej, nazywaną pieszczotliwie "Jeziorem Bodeńskim" - KLIK. Ze smakowych mam słabość do pomarańczowej, z baleys'em albo z miętowym prądem.


Właśnie przeczytałam Jak wyprostować koło? Joanny Szczepkowskiej - genialny zbór opowieści metaforycznych o życiu, wyszperany w osiedlowej bibliotece. Lepszy niż Masłowskiej Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu. Cóż, widocznie wolę prostować koła 😉☕☕

Sos dyniowy z ciecierzycą i kalafiorem

Pieczony czy smażony kalafior (również w panierce jak kotlet) świetnie zastępuje w potrawach mięso. Nawet syn zajada się wrapami z kalafiorowymi kęskami. Dziś kalafior "po indyjsku", choć z widokiem na listopadowy Lublin.


Składniki: 200g ugotowanej ciecierzycy (można użyć ze słoika/puszki), 1 kalafior podzielony na różyczki, 1 cebula, 2 ząbki czosnku, słoiczek sosu dyniowego (zamiennie może być sos korma, możemy też zmieszać oba), 50g mąki z migdałów (przydaje się zwłaszcza, jak używamy sosu dyniowego), przyprawy: kumin, kurkuma, sól i pieprz młotkowany z kolendrą, coś ostro piekącego jak imbir, galgant albo ostra papryka, 6 łyżek oleju kokosowego, trochę szczypiorku do posypania.

Na dwóch łyżkach oleju kokosowego obsmażam różyczki kalafiora, doprawiam solę i pieprzem. Ciecierzycę odcedzam (jeśli gotuję to do miękkości z kurkumą i gorczycą, pod koniec solę). Wszystko przekładam do miski.

Na oleju kokosowym szklę cebulę, potem czosnek, przyprawiam i zalewam wszystko sosem. Gotuję 10 minut, pod koniec dodając stare migdały (mąkę migdałową). Jeśli sos jest zbyt gęsty można rozcieńczyć go mleczkiem kokosowym bądź migdałowym. Do podgotowanego sosu dorzucam kalafior i ciecierzycę i gotuję jeszcze 5 minut. Posypuję szczypiorkiem, podaję z ryżem (razowym lub basmati).

Wpisuję na listę swoich kulinarnych hitów - klik, tak mi smakuje!

2017/10/26

Żelatyna do picia

Sporo idzie mi na jedzenie, ale może mniej na leki? Codziennie piję żelatynę, bo zwiększa elastyczność ciała i wpływa pozytywnie na stawy i kości. Zjadam też zupy kolagenowe  (klik po przepis) i nie odmawiam jak teściowa częstuje galaretą z nóżek (o szprotkach wspominałam?). Mam słabą tkankę łączną i nie chcę wpaść w kłopoty. Dzięki Ci Julito Bator (Młodziej, piękniej, zdrowiej) za tani i prosty sposób na zdrowie.



Dwie łyżeczki żelatyny rozpuszczam w niewielkiej ilości wrzącej wody, dodaję sok z pomarańczy (lub cytrynę z wodą) i piję codziennie. Dobrze smakuje. Wiedzieliście, że żelatyna dodatkowo poprawia trawienie nabiału i ziaren? Naturalnie przy kuracji kolagenowej ważna jest też duża porcja warzyw, najlepiej zielonych.

2017/10/25

Jedzenie jest cenne, ale czy musi być drogie?

Najpierw zależało mi na tym, by jedzenie było przede wszystkim odżywcze (bo ważne jest co jemy i co nas zżera). Potem chciałam, żeby było również ładne, apetycznie podane (fotogeniczne a nawet fotogenialne). Teraz frapują mnie dwie rzeczy: smak (a dokładniej łączenie smaków) i nie marnowanie jedzenia. Dziś o tym drugim.


Wraz z drożejącą żywnością i świadomością ekologiczną nie sposób nie odnieść się do cen, które rozumiem jako kompromis między jakością a taniością. Lubię traktować żywność jako skarb. Staram się jednak oszczędzać na obsłudze marketingowej, pośrednikach i transporcie, towarzyszy mi stała troska o to, by marnować jak najmniej (efekty bywają jednak różne i raczej niezadowalające). Za najbardziej cenną uważam żywność, jaką dostaję od teściów, wyprodukowaną czy wykarmioną przez nich od ziarenka. Czasem zdarza mi się jednak zaszaleć i kupić np. kaszę coix, mąkę sorgo, "mleko" migdałowe. W październiku - miesiącu oszczędzania (na zimowe kurtki i buty, rzecz jasna) - wybieram lokalsów. Masło (drożeje, bo wzrasta na nie popyt w USA) najlepiej jest kupować z małych, regionalnych mleczarni, które nie eksportują, nie dajcie się jednak zwieść mniejszej zawartości tłuszczu czy miksom. Po taniości jest kasza gryczana, pęczak, kapusta, mąka żytnia, marchew, pietruszka, korzeń selera i spiżarniane zapasy.

W tym roku udało mi się zawekować sezonowe nadwyżki, przy czym zamykałam po prostu: maliny, pomidory (soki), dynię (pieczone puree), jabłka (smażone, bez cukru), mąż grzyby. Bez szaleństw, co daje nieograniczone możliwości potem. Przełamuję się też i gotuję na warzywach podwiędniętych, z których jedynie uszła woda (oczywiście żadnej pleśni). A jednak ciągle wydaje mi się, że na jedzenie wydaję za dużo.

2017/10/23

Bułeczki dyniowe z pomarańczowym lukrem

Rewelacyjne połączenie: dynia, orkisz i pomarańcze. Córka na diecie "zamień chemię na jedzenie" z konieczności, ja - dla przyjemności. A w moim kulinarnym książkościsku temat smaku.


Składniki: 3 i pół szklanki jasnej mąki orkiszowej i odrobinę do podsypywania ciasta, pół-3/4 szklanki pieczonego pure z dyni, 1 saszetka suszonych drożdży (9 g), 1 szklanka letniego mleka, 1 łyżka cukru, 2 łyżki miękkiego masła, 1 łyżeczka soli, na lukier: cukier puder i sok z pomarańczy.

Mąkę przesiewam do dużej miski, wsypuje drożdże i mieszam. Mleko podgrzewam z masłem i cukrem, wlewam do mąki, dodaję sól i pure z dyni. Wyrabiam elastyczne ciasto najpierw w misce, potem na blacie (zagniatam około 10 minut), lekko podsypując mąką. Wyrobione zostawiam na godzinę - dwie do wyrośnięcia (aż podwoi swoją objętość, w chłodnym mieszkaniu zajmuje to dłużej). Potem krótko zagniatam, rwę po kawałku i toczę kulki wielkości piłki pingpongowej, lekko spłaszczam. Zostawiam je do wyrośnięcia na 15 minut, można posmarować rozmąconym żółtkiem. Piekę 20 minut w rozgrzanym do 200 stopni piekarniku, na dno którego stawiam żaroodporne naczynie z wrzątkiem. Studzę na kratce.

Robię lukier ukręcając cukier puder z sokiem z pomarańczy do odpowiedniej, gęstej konsystencji. Smaruję nim bułeczki (można posypać kandyzowaną skórką, jeśli jest bez konserwantów). Idealne do kawy!


Skraplanie

Dawne wzorki malowane przez mróz na szybach, zastępuje widok wody skroplonej na oknach. Uszczelniliśmy domy a zimy złagodniały. ...