Autoreklama

Autoreklama

2018/07/20

Trzeci tydzień lipca

Po czereśniach, wiśniach i zdziczałych jabłkach nastały pod domem mirabelki. Obieram je ze skórki i wycinam miąższ (pestka odchodzi z trudem). Powstaje coś w rodzaju dżemu raw, bez cukru i bez pasteryzacji. Do szybkiego zjedzenia.


Zamówiłam tacę w Pracowni Smoków. Wiele miesięcy przeglądałam ofertę, ale argument że to nie moja półka cenowa, przeważał. Aż nagle zobaczyłam paterę z drewna kasztanowca i wysypałam się z gotówki. Jest przepiękna.



Najlepsze co jadłam w tym tygodniu to krupnik na kościach z kury od teściów z bezłuskowym jęczmieniem i kromką orkiszowego chleba. A nie, jeszcze jogurt naturalny. Chudzi i o słabych płucach mogą jeść nabiał, oczywiście dobrej jakości i z umiarem.



Syn przywiózł z wojaży dobrą kawę, więc też trudno było się oprzeć. Z cudzych rąk najbardziej mi smakowało brałni u Magdy. Burzowe światło pięknie wybarwiało zdjęcia, wybrałam trzy najpiękniejsze.


2018/07/16

Artystycznie i dziko

Na wsi przy stodole stoi stare okno z podwójną szybą. Obsadzone w drewnie, ramy pomalowane na biało z mocno już złuszczoną farbą. Pomiędzy szybami rośnie powój a może dziki bluszcz. Wędrują małe robaczki.


Raz widać skroploną wodę, innym razem odbija się niebo albo prześwituje stodoła zbudowana w białych pustaków. Nie potrzeba żadnych filtrów czy zmian w postprodukcji. Wystarczy zmienić kąt patrzenia i umieć się zachwycić. Jak w życiu. 



2018/07/15

Zwykłe życie

Całkiem zapomniałam jakie może być fajne zwykłe życie. Po prostu bierzesz co jest i masz co przychodzi. Zjadasz pajdę chleba z serem i najspokojniej w świecie wieszasz pranie.



W zamrażarce drób od teściów, pod domem obrodziła stara jabłonka, udał się pierwszy po dłuższej przerwie chleb. Zapracowany doczekał się sosu i ciasta z wiśniami, wieczorem wypadamy w miasto. Mimo deszczu.

Niektórzy pytają, czy to już jesień. Nic z tych rzeczy, lato poza upalną miewa też deszczową aurę, o czy zdajemy się zapominać, gdy pogoda rozpieszcza ciepłem od miesięcy, a zaczyna jeszcze przed majem. Za oknem zielono.

2018/07/11

Chleb żytni na zakwasie z miękką skórką

Pięknie wyglądają bochenki dobrze wypieczone z chrupiącą skórką, jednak gdy nasze zęby nie są już tak silne bo i nie tak młode jak dawniej, polecam chleby pieczone na miękko lub parowane.



Składniki: 350g aktywnego zakwasu (klik), 200g mąki żytniej razowej typ 2000, 600g mąki żytniej chlebowej typ 720, 650 ml ciepłej, przegotowanej wody, 2 płaskie łyżki soli, opcjonalnie ulubione zioła (u mnie bertram i hyzop, bo bardzo lubię ziołowe chleby).

Wszystkie składniki mieszam w dużej misce tylko tyle, aby się dobrze połączyły (nie wyrabiam, ciasto żytnie tego nie lubi). Przykrywam miskę szczelnie i odstawiam na 8-12 godzin.
Gdy ciasto ma gąbczastą strukturę przekładam go do garnka żeliwnego, przykrywam ściereczką i odstawiam na noc (8-12 godzin) do garowania.
Piekarnik nagrzewam do 230 stopni, garnek z ciastem przykrywam (ważne - pokrywka nie może mieć plastikowych elementów) i wstawiam do piekarnika na godzinę.
Upieczone wyjmuję i studzę na kracie. 

Jeśli nie macie garnka żeliwnego/rzymskiego z przykrywką, ciasto można upiec w szklanym naczyniu żaroodpornym albo uparować w parowarze na wyciętym kawałku papieru do pieczenia. To patent Karoliny i Maćka Szaciłłów, następnym razem wypróbuję. 

Jak przetwać głód słodyczy?

Wafelków, batoników i sklepowych ciasteczek profilaktycznie w domu nie mam. Mam za to bloczek kostki daktylowej i słodkie migdały.


(częstujcie się)

Jak dopada mnie głód-wiecie-na-co, rwę kawałek masy, najeżam daktylami i kręcę w dłoniach kulkę mocy. Dwie, trzy wystarczą. Czasem trzeba poprawić kostką gorzkiej czekolady i spokojnie można iść spać. Dobranoc.

2018/07/08

Co w mojej kuchni piszczy

Buduję nowe kultury bakterii, robiąc zakwas (klik), kupując prawdziwy nabiał, kisząc marchew (klik). Zapracowany przyniósł świeży miód. Pisałam już, że wracam do swojej bajki. Odnowiłam przyjaźń z ziarnami zbóż, fasolą, octem jabłkowym i olejem konopnym. Przerabiam na swoje wiedzę z książek (klik).



Ruszyliśmy z coroczną akcją "nie ma zmiłuj - dryluj" (klik). Popakowałam poddomowe wiśnie w słoiki: dżemy (z pektyną jabłkową), syropy, robię wiśnie kandyzowane. Dojrzewają balkonowe pomidorki.



I dopadają mnie wątpliwości co do formuły i zasadności prowadzenia bloga. Każdy przepis jest już w necie i to po wielokroć. Po co wywarzać otwarte drzwi? Bloguję od 9 lat, na ig jestem od roku. Chwilami czuję przesyt kulinariami. Jakbym zapominała o czymś istotnym. O czym? 

2018/07/06

Książki, które ostatnio polubiłam

"Jedzenie, które leczy" K. i M. Szaciłłów. Bo nawiązuje do bliskiej mi koncepcji termiki produktów i harmonizowania ciała żywieniem. Jest też dużo fajnych przepisów z orkiszu z wykorzystaniem orkiszowego zakwasu a potrawy są ciepłe. Całość bardzo przemyślana i autentyczna. Będę korzystać, choć po swojemu. 


"Happy food" N. Ekstedt i H. Ennart. Bo pokazuje związek żywienia i zdrowia psychicznego. Promuje prostą, świeżą i lokalną a przy tym różnorodną kuchnię, dietom redukcyjnym i detoksom mówiąc nie. Stare gatunki zbóż, owoców i warzyw gwarantują gęstość składników odżywczych i dobrą florę jelitową. Jemy ze skórką, pełne ziarna i surowy nabiał, czas nakarmić swoich współbiesiadników. Dzielmy się a będziemy obdarowani. Szykujcie się, będą przepisy przez żołądek do szczęścia.

"Bóg nie jest automatem do kawy" to rozmowa z Czendlikiem - najbardziej znanym księdzem w bezbożnych Czechach. Bez nadęcia i frazesów. Też mam dość "mało ludzkich" ludzi, którzy zawsze mają "świętą rację". Wiecie dlaczego Bóg kocha ateistów? Bo Mu dupy nie zawracają! Prawda to poszukiwanie, z Czendlikiem całkiem fajne. Druga połowa książki zdecydowanie lepsza.

2018/07/03

Nabiał roślinny

Jak brakuje wiejskiego mleka coraz chętniej sięgam po roślinne zamienniki. Ale że śmietana?



Do pierogów z jagodami ta z migdałów pasuje idealnie. Kto nie ma benedyktyńskiej cierpliwości, żeby robić samemu, może kupować gotowe. No chyba, że cena go zastopuje, bo nie jest to tania sprawa. Już same migdały są drogie. Życie jest drogie, i to w każdym sensie.


PS. Zdjęcie robiłam do poranków w Sunvicie, polewał syn. Ja to sobie jednak dobrą robotę wybrałam, takie pyszności!

2018/07/02

Mistrzem Piccinno to ja nie jestem

Szefowa z Bingen zawitała w kuchni śródziemnomorskiej pewnego znakomitego klasztornego kucharza. Moim zdaniem było wykonać przepis jego autorstwa. Padło na tort-tartę i łatwo nie było.



Siódme poty oblały mnie jak po zmrożeniu ciasta, podczas wałkowania, okazało się, że masło nie wgniotło się równomiernie. Potem zrobiło mi się słabo, jak przy pieczeniu kawałek rantu odpadł i musiałam go zbierać ze spodu piekarnika, bo się malowniczo spalał w częściach. Na szczęście smakowały naprawdę nieźle. 

Następnie nie wiedzieć czemu z ciasta zaczęło wyciekać masło, choć spodziewałam się raczej wycieku wiśni z nadzienia. Zbierało się grzecznie na brzegu formy, ale niestety wylało podczas wyjmowania ciasta. Szlag! Piekarnik myć czy może od razu wymieniać? 

Odetchnęłam, gdy ciasto ostygło i zobaczyłam, że mimo wszystko trzyma się nieźle. Jeszcze tylko jakimś cudem nie zważyć czekolady na polewę i będzie dobrze. Bake off - ale ciacho! sobie w domu urządziłam! Planowałam jeszcze zrobić kotlety drobiowe w sosie waniliowym na kluseczkach szpinakowo-orkiszowych, ale odpuszczam. Przepis znajdziecie w "Uzdrawiającej kuchni śródziemnomorskiej św. Hildegardy" (s. 95). Powodzenia!

PS. Nie wiem jak ludzie potrafią pracować pod presją. Ja dziękuję bardzo, nigdy więcej. Kuchni restauracyjnej mówię adieu!


Trzeci tydzień lipca

Po czereśniach, wiśniach i zdziczałych jabłkach nastały pod domem mirabelki. Obieram je ze skórki i wycinam miąższ (pestka odchodzi z trudem...