Jajko przeciw biegunce

Upieczony na krucho naleśnik jajeczny z żółtek, bez dodatku soli, za to z kuminem i białym pieprzem, zjedzony wraz z małą kromką jasnego chleba (najlepiej czerstwego, orkiszowego), może być pierwszym posiłkiem po dniu postu o herbatce koperkowej. W przypadku zwykłej biegunki wystarczy jednokrotne zastosowanie.


Składniki: 3-4 żółtka (jaja najlepsze od wiejskich kur z wolnego wybiegu), pół łyżeczki kuminu i pół łyżeczki białego pieprzu.

Żółtka oddzielamy od białek. W małej miseczce mieszamy je z pieprzem i kuminem a następnie wylewamy na dobrze rozgrzaną, nieprzywierającą małą patelnię (polecam żeliwną). Jak naleśnik się lekko zetnie, przekręcamy go na drugą stronę. Wykładamy na talerz i kroimy w małe trójkąty. Wierzcie mi - smakuje nawet tym w pełni zdrowym :-)

Więcej o tym przepisie napisałam tutaj - klik
Sprawdza się przy grypie jelitowej (dzieci jedzą z bułeczką) i w przypadku biegunki podróżnej w tropikalnych krajach (trzeba tylko mieć w apteczce mieszankę przypraw z kuminem i pieprzem białym).

Rozsądne jedzenie - posiłki terapeutyczne

Trawienie szwankuje, metabolizm zwalnia a w genetycznym paszporcie kilka ostrzegawczych stempli. Po cóż czekać na chorobę, skoro można jej zapobiegać? Wchodzę w mickiewiczowski wiek dziadowskich czterdziestu czterech lat i mam nadzieję zainteresować Was terapeutycznym kucharzeniem (do diet odchudzających jakoś nigdy serca nie miałam). Na początek kilka podstawowych zasad dla tych, którzy już dostali od ciała pierwszy sygnał ostrzegawczy.



Posiłki terapeutyczne powinny być przygotowywane z żywności niezubożonej chemicznie. Idealnie byłoby, gdyby wszystkie produkty były nierafinowane i pochodzące z naturalnych upraw, prowadzonych na bogatych, żyznych glebach. W praktyce wystarczy, by były jak najmniej przetworzone. Zainteresujmy się starymi odmianami roślin i jeśli mamy do wyboru sok albo owoc, wybierzmy owoc, a najlepiej warzywo :-)

Posiłki terapeutyczne powinny być proste. Łączenie zbyt wielu składników może prowadzić do zaburzeń trawienia i osłabić zdrowie. Różnorodność jest potrzebna, ale nie realizujmy jej w jednym posiłku.

Posiłki terapeutyczne powinny być ciepłe. Gotowane potrawy są lżej strawne, i nawet jeśli podczas obróbki termicznej utracimy część składników odżywczych, to i tak te, które pozostały, łatwiej będzie nam przyswoić. Wody używajmy jednak oszczędnie (no chyba, że zamierzamy ją potem wypić), najlepiej sprawdza się gotowanie na parze albo pieczenie.

Posiłki terapeutyczne powinny być świeże. Lepiej jest gotować na bieżąco, małe porcje. Świeże jest również to, co lokalne, sezonowe i przechowywane w naturalny sposób (np. orzechy w łupinach nie jełczeją).


Posiłki terapeutyczne powinny być różnorodne. Czasami choroba albo objaw wymagają zastosowania jakiegoś konkretnego produktu i wtedy warto się z nim zaprzyjaźnić (obiecuję ten temat rozwinąć). Najlepiej jednak być otwartym. Jeśli chodzi o "lokalsów" i "światowców" (czyli to, co wyhodowane w naszym regionie i to co sprowadzone), dobrze jest jeść jak najwięcej tego, co regionalne i zdecydowanie mniej tego, co dotarło z daleka.

Terapeutyczne porcje powinny być małe. Mamy się żywić (stąd nazwa "żywność"), a nie obżerać - ilość zastępujmy więc jakością i ewentualnie kalorycznością żywności, jeśli mamy do czynienia ze spadkiem masy ciała (o żywności skondensowanej odżywczo napiszę osobny post). Tak czy siak, od stołu odchodzimy z żołądkiem napełnionym w 80 procentach.

Terapeutyczne kucharzenie to posiłki z sercem. Gotowanie z miłością, uważnością i troską daje najlepsze efekty: zarówno smakowe, jak i lecznicze. Jedzenie to również wspólnota stołu: ważne co, z kim i w jakiej atmosferze jemy.


I jeszcze jedno - dieta nie leczy poważnych schorzeń, jedynie (a może aż?) zapobiega im i wspomaga leczenie. W kolejnych postach kilka propozycji z serii "jedzenie na leczenie", zaglądajcie.


Lżejsza wersja grzanek (wegańska)

Była już zimowa i wiosenna wersja brzydkich ciasteczek - KLIK, klik. Czas "odchudzić" grzanki z chałki, o te - KLIK. Zamiast ciasta naleśnikowego wystarczy odrobina mleka migdałowego z masłem kokosowym i grill. Chałkę możemy zrobić w wersji wege (klik), albo zastąpić ją orkiszowym chlebem, na przykład z tego - klik - przepisu.


Pełny przepis na letnie grzanki zamieściłam tutaj - klik. Inspirowałam się pomysłem Mai Sobczak i jej okładkowym "Przepisem na szczęście", zaś lżejsze ciasteczka zaczerpnęłam ze "Szczęśliwych garnków" Beaty Pawlikowskiej... także szczęście wisi w powietrzu :-) 

Kto jednak woli wersje tradycyjne, pełniejsze (i ja go rozumiem!), niech po prostu zje mniej i więcej się rusza. Latem to nie powinno być trudne.

Gorąca Zośka

Wreszcie można rozebrać się do rosołu, nie zważając na drobne mankamenty urody;) I pomyśleć, że w zeszłym roku Zośka tradycyjnie zimna była - klik.


W tym pylą świerki, pachną bzy i kwitną kasztany, wreszcie w słońcu skąpane. Powiększam przestrzeń o strefę balkonu, kładąc stary materac. Do kwiatków nie mam ani serca, ani ręki, ale przecież winogron (w tym roku za mocno przycięty) w końcu oplecie balustradę.


Kulinarnie za to wybiegam trzy miesiące naprzód, zamykając lato w słoikach dla "Tak rodzinie" (lipcowo-sierpniowy numer miesięcznika). Dzięki temu na wakacje zaopatrzę swoją spiżarkę w orkiszową mąkę, makarony, zioła (w ramach wymiany barterowej). I wszyscy zadowoleni:) Nastawcie też uszy (klik) i oczy (klik) - w Radio Lublin nowe nagranie.


I to już chyba koniec tego lansu na dzisiaj. Witaj ciepła wiosno!

Spokojnie, maj to stan umysłu

Kasztany nie zakwitły tegorocznym maturzystom, więc robię kasztanową pastę. Z tych jadalnych oczywiście, dla przyjaciół (klik po przepis). Jak również sałatkę z kwiatków (klik).


Hipnotyzuję Was zielenią poddomowej paproci, która podobnie jak bratki czy glistnik jaskółcze ziele ma się w tym roku dobrze. A maj? Cóż, nawet Kora śpiewała, że bywa wyjątkowo zimny. Ale żeby śnieg i grad?

Sąsiedzi - czas próby

Rekonstrukcja wydarzeń historycznych Radawczyk - Strzeszkowice 1939 - 1940. Nie miałam niestety aparatu, więcej zdjęć znajdziecie na instagramie (klik). 


Bardziej niż starcie z niemieckim okupantem poruszyła mnie opowieść sąsiedzka o ludziach różnej narodowości (żydowskiej, ukraińskie, niemieckiej) zamieszkujących Lubelszczyznę. W tamtych trudnych czasach bardzo sobie pomagali.

"Emo Sapiens" kontra "Food Pharmacy"

Co ma wspólnego neuronauka z dietą opartą na badaniach flory jelitowej? Zaraz Wam wyjaśnię.



Mam słabość do książek - ptaków, które patrzą na problem z lotu i widzą całość. "Emo Sapiens" Rafała Ohme jest właśnie taką książką - udowadnia, że ciało ludzkie to niezwykły konglomerat nie tylko z logiki złożony. Nawet przykłady są w niej różnodziedzinowe. To książka, która nobilituje nie tylko emocje, ale również intuicję (wreszcie!), udowadnia że coś takiego jak mózg trzewny czy smak umami naprawdę istnieją. 

"Food Pharmacy" Liny Nertby Aurell i Mia Clase kawałkuje człowieka, biorąc pod lupę wyłącznie florę jelitową. Z całym szacunkiem dla rewolucyjnych i - w co nie wątpię - ważnych doniesień o dobrych bakteriach trzewnych, nie zapominajmy o sercu, śledzionie, naturze pokarmów czy wreszcie różnorodności ludzkiej. Wiecie, że żucie karmi również nasze płaty czołowe? Pomyślcie o tym, zanim zmiksujecie jabłko z bananem. 

Co łączy obie książki? Poczucie humoru! - przy obu zdarzało mi się parsknąć śmiechem. Co ma "Food Pharmacy" a czego brakuje "Emo Sapiens"? Oprawa graficzna. Jestem estetką i - choć to powierzchowne - z książką wiążą mnie również okładka i ilustracje. Ulubiony rozdział z "Food Pharmacy"? - ten o platońskim modelu talerza (jest naprawdę świetny!). Ulubiona książka? "Emo Sapiens".