Autoreklama

2016/07/30

Maria czy Antonina - mural na ulicy Koryzynowej

Mijam go w drodze do osiedlowej rupieciarni, nie wiem kto go malował, wiem że pięknie. Zwykłam uwieczniać tego typu sztukę, bo znika - klik. Ta dodatkowo przypomina mi pewną historię - otóż ulica, na której powstał mural nosi nazwę Koryznowej, Marii Koryznowej, choć powinno tam być imię Antonina. Dlaczego?


Antonina Koryznowa urodziła się w 1855 roku, założyła ochronkę dla 140 sierot na lubelskiej Kalinowszczyźnie, podarowała też grunt pod kościół św. Agnieszki i znajdujący się tam cmentarz. Do 1928 roku wspomagała więźniów politycznych na Zamku Lubelskim, potem uczestniczyła w zbiórkach na utworzenie KUL, opiekowała się także domami starców. Natomiast Maria była dziennikarką, mieszkała w Warszawie i w żaden sposób nie była związana z Lublinem.

Ze względu na koszty nie naprawiono tej pomyłki, nie zaszkodzi jednak dyskretnie pomijać imię w nazwie ulicy, z uwagi na szacunek dla sprawy. Pani Antonino, chętnie podarowałabym Pani ten mural w ramach przeprosin.

2016/07/25

Lato w pełni

Myśli krążą mi wokół różnych ważnych tematów. Nie potrafię ich jednak ubrać w słowa, rozłażą mi się jak wata cukrowa rwana ręką z patyka, rozpuszczają słodko na języku i odpływają jak chmury gnane wiatrem.


Staram się być, więc nie zabieram wszędzie aparatu, a ciągnie mnie tam, gdzie przyroda a nie przygoda. Przeglądając książki kulinarne wpadłam w zachwyt nad "Mamuszką" (od Lwowa do Baku. Ponad 100 przepisów - klik). Prawdziwa pełnia życia kulinarnego! Z wakacyjnych filmów polecam Wam polską etiudę "Mocna kawa wcale nie jest taka zła" - klik. Sama popijam ryżowe latte. A właśnie - możne ktoś zna przepis na sałatkę z siedmiu odmian fasoli?

Czytam...
że kasza gryczana i jaglana to nasze kulinarne dziedzictwo - klik,
że i tak najważniejsze jest z kim a nie co jemy - klik,
że można nawet z odzysku (ja tak lubię zastawiać stół) - klik,
bo i tak najważniejsza jest pasja, klimat i więzi.

2016/07/15

Kuchnia pełna rąk do pracy

Nie ja jedna okupuję kuchnię w tym domu, nie ja jedna. A oto dowód - wczoraj syn kupił kukurydziane tortille i robił własne tacos.


Nadmiar wiśni zaowocował też szybkim ciastem z podwójnym kompotem - do kawy jak znalazł. 


A to już dowód na to, że daliśmy trochę plam;)


I że niektórzy jednak leniuchowali.


Dziś obiecany obiad na mieście. Hura!

2016/07/12

No i zaczęło się - wiśniobranie!

Domek miejski, ogródek żaden a winogrona i wiśnie są (pigwa, jabłka, mirabelki, do niedawna również porzeczki)! Dziś zbiór że tak powiem do celów komercyjnych;), z foto-ogonkami. Prawdziwa robota z drylowaniem, pakowaniem i kuchnią jak po zbrodni - jutro.


Kisielek? - przepis powędrował w świat, dziś można go znaleźć tutaj - klik.

Simple story

Lubię jak pada i lubię czasem zaniedbać kuchenną tradycję przerabiania tego, co nam daje natura w coś zupełnie innego, zaniechać zagniatania, blendowania, miksowania, ucierania, smakować pojedynczo, gotować plemiennie: ziarno, warzywo i woda. "It's a simple story. I'm so sorry" - śpiewała Kora, co prawda z pewnością nie o kuchni, ale jednak.

Może jabłko zamiast jabłkowego soku, słonecznik zamiast słonecznikowego oleju, ziarno zamiast mąki? Może ze skórką, może wnętrze pestki, może na bosaka? Dobre danie z buraków? Umyj buraki, obierz i ugotuj, możesz ewentualnie dodać odrobinę koziego sera. Jak ziemniaki to zsiadłe mleko i koper, jak kasza to z cukinią, jak chleb to z miodem. I tak dalej, bez szaleństw.


Slajdy dla Sklepu Hildegardy też aktualnie robię pojedyncze: o cieciorce, o mięcie, o natce pietruszki. Oczywiście do czasu, bo dojrzewają wiśnie i proszą o zrobienie: będą kandyzowane i w kiślu, co Wy na to?

2016/07/08

Dialogi z kotem

Dzieci mam coraz starsze i coraz bardziej niechcące ze mną cokolwiek. Trochę nareszcie a trochę dopada mnie nostalgia - to już, naprawdę? Na zdjęciu zachodni balkon pełen dymu z grilla, jeśli akurat robimy go na dole. Pusty, ale ja tak lubię. To balkon kota (podwórko dzierżawi pies), robię na nim poranne zdjęcia i suszę miętę.

Najlepszy dowód na to, że można pokochać zwisy, zmarszczki i podłą minę

Pies tym różni się od kota (między innymi), że trudno go sfotografować, no nie usiedzi na miejscu, więc kot, choć obiektywnie brzydszy, będzie tu częściej, no trudno. Piszę o tym, bo na blogu pojawiła się nowa etykieta - "domowo", gdzie będę uwieczniać zwyczajność, również tę poza domem. Domowy oznacza dla mnie swojski, rodzinny, zwyczajny, kochany. Będę się starała, by było klimatycznie i apetycznie, ale bez spinki.

No to teraz obiecany dialog:
- no chodź z tego balkonu, już wieczór, zimno przecież
(niespiesznie, ale wraca)
- no widzisz, ty jesteś mądra kota, trzeba tylko do ciebie mówić
- yhmm (naprawdę tak powiedziała! mam na to dwoje światków!)

PS. Wy też gadacie do kota, czy to objaw starości?

2016/07/07

Tarty na słodko

Tarty zamiast Tatr? - wszystko na to wskazuje. Co prawda nie jestem szczególną fanką kuchni francuskiej, ale ponaglona (hm, hm, zawodowo?) upiekłam swoją pierwszą. Cytrynową - kto jadł mówił, że pyszna. Potem robiłam jeszcze dwie czekoladowe, ale żadna nie była tak dobra, jak ta pierwsza - klasyczna. Przede mną tarty wytrawne, do poskubania latem.

Składniki na ciasto: 120g masła, pokrojonego w kostkę o temperaturze pokojowej, 75g cukru pudru (np. trzcinowego), 3 żółtka (dwa dajemy do ciasta, jedno pozostawiamy do posmarowania), 250g jasnej mąki orkiszowej.

Robię spód ciasta: masło i cukier puder umieszczam w dużej misce i ucieram na puch, dodając pod koniec kolejno 2 żółtka. Sypię mąkę, mieszam, dodaję 2 łyżki wody i szybko zagniatam ciasto. Formuję je w kulę, wkładam w szklaną miskę, którą przykrywam szczelnie folią i na godzinę do lodówki.

Na podsypanym mąką blacie rozwałkowuję ciasto na okrąg grubości około 3mm i przenoszę go (częściowo nawijając na wałek) do wysmarowanej masłem formy, nadmiar ciasta zdejmuję przesuwając wałkiem po krawędzi formy (resztkami ciasta można dodatkowo wylepić spód). Nakłuwam ciasto widelcem i wstawiam do lodówki na 20 minut.

Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni, wyjmuję ciasto z lodówki, wykładam je papierem do pieczenia i obciążam fasolą (kto ma - kulkami ceramiczni). Piekę 20 minut, aż krawędzie nabiorą złotego koloru. Zdejmuję papier z obciążeniem (fasole wyrzucam) i ponownie wstawiam do piekarnika na 15-20 minut (jeśli ciasto w tym czasie unosi się, nakłuwam je widelcem, jeśli krawędzie przypiekają się zbyt szybko, przykrywam je luźno folią aluminiową). Po tym czasie smaruję spód pozostałym żółtkiem, wstawiam go do piekarnika na minutę, zmniejszając temperaturę do 140 stopni. W tym czasie przygotowuję masę (jaką? propozycje poniżej), wylewam ją do formy i piekę 30-35 minut, aż się zetnie. Wyjmuję z piekarnika i zostawiam na 1-2 godziny do wystygnięcia. Oprószam brzegi pudrem, wyjmuję z formy i podaję (np. owocami: do cytrynowej pasuje agrest, do czekoladowej maliny albo mięta).

Robię masę cytrynową:
Składniki: 5 średnich jaj (od wiejskich kur), 150g cukru nierafinowanego złocistego, 100ml soku z cytryn (potrzebne ok. 4 cytryny) plus 2 łyżeczki skórki otartej z cytryny, 150ml śmietanki kremówki (36 % tłuszczu). Odrobina pudru do posypania ciasta i masła do wysmarowania formy.
Ubijam jaja z cukrem, sokiem i skórką z cytryny przez minutę, następnie mieszam na gładko ze śmietanką.

lub masę czekoladową:
Składniki: 350g mleka zagęszczonego słodzonego (można pół na pół słodzone i nie słodzone), 2-3 łyżki kakao dobrej jakości (zależy jak mocno ma być czekoladowa), 3 łyżki mąki orkiszowej, 2 jajka.
Składniki ubijam na gładką masę.

2016/07/05

Wyplątani

Zawalczyłam o przestrzeń balkonową z winoroślą. Co prawda zarastając dziko tkała nam firankę za oknem, co miało swój urok (KLIK), ale potrzebowałam przestrzeni do robienia zdjęć - winogrona tak pięknie w tym roku dojrzewają.


Pogoda była ładna (czyli chłodna) a ja miałam wyjątkowe towarzystwo:) Mam cichą nadzieję, że będzie straszyć wróble i innych ptasich amatorów naszych winogron - z końcem lata kulki zaczną robić się fioletowe i dopiero wtedy się zacznie!

2016/07/04

Do września piechotą będę szła

Wierzcie mi - z trudem znoszę letnią, kolorową odsłonę bloga/świata. Z natury jestem bardziej... wyrazista, ciemniejsza, pochmurna, klasztorna. No ale jest lato, tak? - gwarne, kolorowe, gorące.


Oczywiście - te dwa letnie miesiące są bardzo potrzebne na dojrzewanie tego, co najlepsze. Pakuję więc dzielnie witaminę D pod skórę i idę boso na spotkanie września. Powyżej trochę slajdów, jakie zrobiłam dla Sklepu Hildegardy (zdjęcie agrestu jest autorstwa mojej córki:)). 

2016/07/02

Kuchnia mojego dzieciństwa - ciasteczka przez maszynkę

Pamiętam jak asystowałam przy produkcji tych ciasteczek jako mała dziewczynka, a potem wyjadałam je z makutry, w której mama je przechowywała (to taka miska z rowkami do ucierania ciasta, dostałam ją w spadku). Cykl przepisów z jej kulinarnego zeszytu - na pamiątkę. Potrzebne będą: skwarki, ręczna maszynka do mielenia i specjalna nakładka ze wzorkami. Ktoś jeszcze ma coś takiego?


Składniki: 1 kilogram mąki (ok. 8 szklanek), pół kilograma skwarek zmielonych przez maszynkę, 3/4 szklanki cukru, 4 żółtka, 1 całe jajko, 3 łyżki kwaśnej śmietany, 1 cukier waniliowy, 1 łyżeczka proszku do pieczenia.
Zagnieść ciasto, wstawić do lodówki. Formować ciastka przez maszynę - upiec.

PS. Będzie więcej takich peerelowskich przepisów - zaglądajcie (również po szyszki z dmuchanego ryżu - KLIK).
Hej, czy to jest już kuchnia vintage?

1 lipca - Dzień Psa

Już w dniu kota (klik) obiecałam sobie, że zamieszczę te archiwalne (z 2012 roku!) zdjęcia 1 lipca, i tylko troszkę nie zdążyłam;)




Kot kocha słońce, z wzajemnością

A ja czekam na jesień. Złotą, ciepłą.  "Zdradzę pani pewną rzecz, którą wielkie agencje reklamowe we współpracy z Hollywoo...