25/04/2016

Goło i wesoło

Córka ma kota, na punkcie kotów, a że ma również uczulenie na kocią sierść mamy w domu małą plagę egipską (rzekomo z Ameryki Północnej pochodzącą).


Co rano głośno domaga się jeść, pieszczot i słońca. Na stwierdzenie, że przykro nam, ale tydzień zapowiada się pochmurny woła głośno: OŁNOOOŁ!


Potrafi mówić też A MAMA? i HELOOOŁ;))) A to w ogóle kot jest???

22/04/2016

Dzień Ziemi

Córka odebrała dziś nagrodę za projekt plakatu promującego Dzień Ziemi (klik). Będzie wykorzystany przez organizatora - Wydział Nauk o Ziemi i Gospodarki Przestrzennej oraz Wydział Artystyczny UMCS w Lublinie do obchodów tego święta w przyszłym roku. Piękna, koronkowa robota, z uwspółcześnionym ludowym motywem kwiatów - no pękam z dumy. Szkoda że na razie nie możecie go zobaczyć, ale cóż - wszelkie prawa zastrzeżone. W zamian ślę zdjęcia - wakacyjne wspomnienia z 2013 roku.



Zwykle Dzień Ziemi promuje niebieska planeta i piękne widoki, ale ziemia to również czarna gleba, która wydaje plony, karmi nas i (z)nosi. Właśnie tak o Niej dziś myślę.

21/04/2016

Inspirująca kuchnia św. Hildegardy

Lubię ją, choć w moim wydaniu jest uzupełniona o akcenty słowiańskie: kaszę gryczaną, jaglaną, żytni chleb (tak, wolę od orkiszowego) czy kiszone ogórki:)


Jem również niezbyt przez Hildegardę poważane ziemniaki i pomidory. W pełni zgadzam się jednak co do zasady - ma być świeżo, ciepło i odżywczo.


Bez mąki orkiszowej i bertramu swojej kuchni już sobie nie wyobrażam, a jak tylko słabiej się czuję poranna orkiszanka stawia mnie na nogi. Polubiłam też pigwy i fenkuły, a co do kasztanów jadalnych... cóż... zostańmy przy kasztanowej mące;) Odkopałam smak morwy i przetworów z derenia, za to wciąż szukam owoców nieszpułki i korzenia pasternaku.


Staram się mocno nie wydziwiać, chętnie zjadam posiłki przygotowane przez innych, a jeśli jeszcze oferują coś, co sami wyhodowali - tylko chylę czoła.


Kuchnia Hildegardy zainspirowała już Marka Zarębę (autor "Jaglanego detoksu" i "Leczenia dietą", twórca gotujzdrowo.com), z jej wskazówek żywieniowych korzystała Natalia Kożuchowska (tej pani chyba nie muszę nikomu przedstawiać), to może i ktoś z Was chciałby?

PS. Kolaże zrobiłam dla Sklepu Hildegarda (zapraszam do polubienia strony na fb - KLIK) a bardziej szczegółowy opis zasad kuchni odsyłam Was na blog Towarzystwa (KLIK).

18/04/2016

Zielono mi

Nie chce mi się sadzić bratków, kwiatków ani innych pelargonii. Zadowolę się drzewami pod domem, zwłaszcza, że mam ich od groma. Plany na ten tydzień? - wspierać moją gimnazjalistkę, która właśnie zaczęła swoją pierwszą, trzydniową sesję.


Chłońcie zieloność i do zobaczenia za jakiś czas!

16/04/2016

Kulinarna podróż bez GPSu

Zgodzicie się chyba, że gotowanie francuskiej zupy cebulowej według przepisu Michela Morana (czy innej, równie spektakularnej w nazwie czy z powodu znanego autora) a gotowanie zupy zgodnie z tym co nas aktualnie w warzywniaku oczarowało/w ogrodzie wyrosło i co tam nam w duszy gra, to dwa zupełnie różne doświadczenia. Pierwsze owszem ułatwia orientację i cyzeluje formę, ale raczej nie osiągniecie w ten sposób kulinarnej niezależności i zaufania do siebie. Przesadne pilnowanie gramatury czy kolejności dodawania kradnie luz, radość i niepostrzeżenie czyni z nas kucharza na emocjonalnym debecie czy jeszcze gorzej - zombi w kuchni.


Gotowanie dań szczególnie oryginalnych też nie jest przejawem twórczości, bo przesadnie koncentruje nas na efekcie, którzy ma być przecież nieziemski. Poza tym jak długo możemy gotować coś, czego jeszcze nie było? (Granica między oryginalnością a wydziwianiem jest niezwykle cienka.) Jednak gdzieś pomiędzy nużącą uległością a nieziemską egzaltacją rozciąga się prawdziwy obszar twórczego kucharzenia, pełen ciekawości, bycia blisko siebie i bycia żywym. Przyjemnie jest być twórczym kucharzem:)

Co jednak będzie jak zamienię przepisy na pomysły, czy jesteście gotowi na kulinarną podróż bez GPSu?

14/04/2016

Dziczyzna roślinna w kwietniu

W marketach łąkowych trwa promocja - wszystko świeże, młode i za free, więc od połowy kwietnia nie rozstaję się z opisami roślin, przepisami i felietonami Łukasza Łuczaja, bo choć dzikie budzi we mnie więcej obaw niż pryskane, to jednocześnie pociąga.


Pokrzyw nie da się z niczym pomylić - parzą, choć młode listki prawie wcale, ale wystarczy dobrze je zgnieść albo sparzyć, by przestały. Fiołki aktualnie można znaleźć wszędzie, nawet kierując się wyłącznie nosem. Z bluszczykiem kurdybankiem jest pewien kłopot, ale jak pojawią się jego charakterystyczne fioletowo-niebieskie kwiatuszki, wszystko stanie się jasne. Liście babki zna chyba każdy z mojego pokolenia - przykładaliśmy je sobie na zdarte na asfalcie kolana, znamy też mniszka (mleczyk) i tasznik (serduszkowate drobne owoce wyglądające jak listki i biała "kaszka" kwiatka), choć w tym ostatnim najzdrowsza jest akurat rozetka pojawiająca się na przełomie zimy i wiosny (nigdy nie mogę jej znaleźć, ale jak tylko wyrośnie z nich łodyżka z drobnymi, białymi kwiatkami - które również są jadalne - znalezienie tasznika staje się prościzną).

Nawet jeśli nie jem ich codziennie, miło wiedzieć które właśnie mijam, zwłaszcza że są wszędzie. Oczywiście tych przy polach uprawnych (pestycydy) i przy ruchliwych ulicach (tlenek ołowiu) nie zrywam do talerza, a jak je zjadam? - najprościej jak się da - z jajkiem w omlecie (można też wrzucić do zupy albo przesmażyć na maśle do kanapki).

Viriditas - zieloność, dzielność (chwasty doprawdy potrafią rosnąć wszędzie), moc która przenika ciało, spróbujcie. Kto nie ma odwagi zrywać niech poszuka w sklepie nalewki z fiołka (rozwesela) albo ziela/soku z pokrzywy (oczyszcza). U mnie furorę robi krem z fiołka i róży (o taki - KLIK), szukałam go ostatnio po cały domu i gdzie znalazłam? - u córki na półce w łazience:)