Dzika jesień: dereń, tarnina, rokitnik, nieszpułka...

Czy wiecie może dlaczego jedne rośliny się spopularyzowały a inne odeszły w zapomnienie, zdziczały, przypięto im łatkę chwastu? Znacie może smak przetworów z tarniny (KLIK po przepis), dzikiej róży (KLIK po przepis), pigwy (KLIK po przepis)? Derenia, dzikiego bzu, nieszpułki zwyczajnej? Próbowaliście kiedyś kulek rokitnika? No to koniecznie zróbcie sobie dziką jesień!


Moje kulinarne fanaberie: chia, kuzu, bertram, asafetyda

Wydziwiam i śledzę nowinki - to wiecie, choć równocześnie staram się nie zapominać skąd pochodzę, śląc ukłony i wyrazy wdzięczności dla polskiej wsi.


Z dziwactw o kilku muszę Wam jednak napisać, bo może nie wiecie. Na zdjęciu kisiel z kuzu i pudding z chia, więc może zaczniemy od nich.

Kuzu
Nie lubię zimnych surowych soków (nawet latem), ale też nie przepadam za konsystencją kisieli. Odkąd jednak zaczęłam robić sobie te z kuzu (są trochę rzadsze), wszystko stało się smaczniejsze. Kuzu to roślina z rodziny Pueraria Thungbergii, azjatycki chwast, którego korzeń zawiera dużą ilość skrobi (w naszej rodzimej kuchni korzystamy najczęściej ze skrobi ziemniaczanej), jest on jednocześnie bogatym źródłem żelaza, wapnia i fosforu. Kuzu oczyszcza z toksyn, wzmacnia odporność i siły życiowe oraz wspomaga walkę z nałogami (jest dobrym źródłem długotrwałej energii, porównywalnym do małej czarnej). Rekonwalescentów bez apetytu kisiel z kuzu i naturalnego soku, z kawałkami owoców, stawia na nogi (wypróbowane!). W naturalnej medycynie chińskiej jest również silnym lekiem odkwaszającym, więc jeśli jecie za dużo mięsa i słodyczy... Przepis - KLIK.

Chia (salba, szałwia argentyńska)
Małe nasionka o wielkiej mocy - dwie łyżki stołowe (przydział dzienny) działają jak ekwiwalent 5 kapsułek oleju lnianego lub 10 kapsułek tranu. Można nią posypywać sałatki, dodawać do pieczywa i naleśników. My lubimy zmieszać te ziarenka z dobrym mlekiem ryżowym albo migdałowym (z gotowców polecam Vitariz, Alpro nie kupuję) na pudding i w ten przyjemny sposób zaopatrywać rozwijające się mózgi w potrzebne im kwasy Omega 3. Nie do zastąpienia w okresie dorastania. Córka jest zachwycona, ja też, a i gościom smakuje. Polecam również przedszkolakom! Przepis - KLIK.

A teraz coś dla starszej widowni.



Bertram
Nie wyobrażam sobie bez niego mojej kuchni. Dlaczego? Pachnie znajomo (czytaj: słowiańsko), a dodawany do potraw sprawia, że są smaczniejsze. Neutralny, po chwili odrobinę piekący, bardzo ziołowy.

Stosowany w tradycji leczniczej św. Hildegardy, hinduskiej Ayur-Vedzie oraz rosyjskiej medycynie ludowej. Ma bardzo wszechstronne działanie, sami przeczytajcie - KLIK. Niezbędny składnik diety seniorów. Pozwala trawić bezresztkowo, budować dobrą krew i zapełniać jelita dobroczynni bakteriami. Rzeczywiście, dzięki niemu znacznie rzadziej i krócej chorujemy. Jak zaczyna nas coś brać, pijemy ciepłą wodę z cytryną i bertramem.

Niejakie zainteresowanie wzbudził też we mnie dyptam, ale z nim lepiej uważać - jest gorzki!

PS. Ryciny z Wikipedii.


Asafetyda
Chodzi za mną a ja ją uwielbiam (pierwsze dwa razy dostałam ją w prezencie, za trzecim - sama zamówiłam). Pachnie podsmażaną cebulką, jednak bardzo, bardzo delikatną w smaku (wraz z dodaniem do dania, łagodnieje). W krajowej nomenklaturze nie ma dobrej passy, nazywana "czarcim łajnem", "smrodliwcem", "zapaliczką cuchnącą" - rzeczywiście potrafi zdominować przyprawową półkę (należy ją trzymać w szczelnie zamkniętym słoiku), ja jednak nie odbieram jej zapachu jako podłego (zgniły czosnek? siarka? naprawdę?).

Jest szczególnie łagodna dla bakterii jelitowych i wątroby, bardzo skuteczna na wzdęcia, choć podobno pomocna również przy chorobach układu oddechowego: astmie, zapaleniu oskrzeli.

Widziałam ją jako żywicę, przywiezioną z Indii (w marcu i kwietniu tuż przed kwitnieniem obcina się łodygi przy korzeniu, wycieka z nich mleczna ciecz, która wysycha na żywicę). Praktyczniej jednak kupić w proszku (przesypaną mąką ryżową) i dodawać szczyptę, zwłaszcza do dań z fasoli.

Mniam!

Pierwszy dzień jesieni

Nie uciekam od niej pociągiem - przeciwnie - lubię ją i witam z radością: domowym chlebem, dyniowym curry (KLIK po przepis) i dżemem z dzikiej róży (KLIK po przepis).


Podoba mi się pomysł Święta Środka Jesieni - zdejmuje odium z pierwszych i ostatnich dni. Zresztą, każdy dzień można uczynić świątecznym, prawda? Choćby odrobinkę.

Ewa lubi lato i mocne brzmienia

Z Ewą można konie kraść, przetańczyć całą noc, podróżować, kawę pić. O Ewie będzie tu jeszcze kilka postów. Na pewno.


Lato u Ewy - z foto-archiwum (rok 2011!).

Ciemne winogrona na koniec sycylijskiego klimatu

Upalny wrzesień minął, najwyższa więc pora brać się za winogrona, a że pełna obfitość w tym roku, zacieram ręce. Do tej pory robiłam winogronowy dżem (przepis ze zdjęciem - publikowany w Filarach Zdrowia i w Sklepie Hildegardy), w tym roku czas na sok. Tylko, żeby nie był tandetnie słodki!


A w Ogrodzie Botanicznym kwitną takie cuda, warto nacieszyć nimi oczy, bo lato gaśnie. Za chwile jednak pojawią się kolorowe liście i feria jesiennych barw. A ja to lubię.

Budyń domowy: czekoladowy albo kasztanowy

Tak jak w przypadku kisieli - KLIK i galaretek - KLIK, mam dla Was dwie propozycje: domowy budyń czekoladowy (przepis w tekście na dole) lub jesienny - z mąki kasztanowej, przygotowany dla Przyjaciół Hildegardy (przepis ze zdjęciem, szczegóły tutaj - klik).


Wersję kasztanową podaję z kawą, aktualne do wyczerpania zapasów (zapraszam), a poniżej stuningowana klasyka.

Składniki: 2 szklanki mleka (można użyć roślinnego, ja lubię Vitariz), 1 łyżka masła (nadaje się również kokosowe), 1 łyżka kakao (najlepiej surowego), 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego (lub kokosowego), 2 łyżki mąki ziemniaczanej (lub ryżowej czy z tapioki), 2 żółtka.

Półtora szklanki mleka zagotowuję w rondelku z masłem, cukrem i kakao. Pozostałą część mleka (pół szklanki) miksuję w garnuszku z mąką i żółtkami, następnie wylewam do gotującego się mleka. Gotuję na małym ogniu, od ponownego zawrzenia jakąś minutę. Rozlewam do miseczek.

Jeśli zamiast kakao dodacie kilka kostek dobrej, gorzkiej czekolady, będzie jeszcze lepszy! Wszystkiego smacznego 🌰🍮🍷

Domowa galaretka: z agarem lub żelatyną

Był domowy kisiel - KLIK, czas na galaretkę, przy czym w proszku jest tylko substancja żelująca, do wyboru: roślinny agar (przepis dla Sklepu Hildegardy, ten ze zdjęciem) albo zwykła żelatyna (przepis w tekście, na dole). Dlaczego akurat pomarańczowa? To była próba przemytu naturalnej witaminy C zawirusowanemu niejadkowi. Na sok kręci nosem, ale galaretki lubi:)


Przy czym możliwości żelujące agaru są dwa razy większe niż żelatyny (wystarczy 2g na 250ml płynu, w praktyce maksymalnie 2 płaskie łyżeczki na pół litra soku), inaczej też się go przygotowuje. Po pierwsze zawsze mieszamy go z zimnymi płynami (masami), a potem zagotowujemy do temperatury co najmniej 90 stopni (w praktyce aż płyn zacznie wrzeć). Galaretka z agarem gęstnieje stygnąc (gdy osiągnie temperaturę około 40 stopni), co oznacza, że potrawy z agarem nie rozpuszczają się w temperaturze pokojowej i nie musimy ich trzymać w lodówce. Co ciekawe agar ścina się również tam, gdzie żelatyna nie daje rady: z sokiem ananasowym i z kiwi. Kto jednak woli klasykę, podaję również przepis na żelatynie.

Składniki: 2 szklanki soku, 3 łyżeczki żelatyny.
Żelatynę rozpuszczam w niewielkiej ilości gorącej wody, studzę. Sok mieszam z tak przygotowaną żelatyną, wylewam do salaterek i zostawiam w lodówce do zastygnięcia.

PS. Sok można wycisnąć z pomarańczy albo innych owoców: malin, jeżyn, wiśni, jabłek... Zimą do pomarańczowej albo malinowej galaretki można dodać rozgrzewający galgant.