W obronie hygge

Fala krytyki zalała książki o hyggowaniu a przecież to od nas zależy, czy do tworzenia nastroju potrzebujemy wydać pieniądze, czy wystarczy, że wyciągniemy rodzinne pudła ze świątecznymi dekoracjami. Jednym bliżej do slow innym do flow, a jeszcze inni wybiorą rodzime narzekanie (czy krytykanctwo) - podobno też odpręża 😉


Dla niewtajemniczonych "hyggja" w prajęzyku staronordyjskim znaczy tyle co "myśleć" i "czuć się zadowolonym", chodzi o znalezienie takiego miejsca czy osób, z którymi/gdzie możemy poczuć się bezpiecznie i odpocząć, by nabrać energii i odwagi do dalszego działania. Rekwizyty nie są tu konieczne, za to uświadomienie sobie, nazywanie i praktykowanie tego stanu już tak. Język nie tylko opisuje rzeczywistość, ale również ją współtworzy. Im lepiej umiemy opowiadać o czymś, wskazując niuanse i przejawy, tym łatwiej nam to tworzyć i wspólnie przeżywać. Nie mamy polskiego słowa (i sądząc po fali krytyki - trudno nam będzie je znaleźć), więc na razie niech wystarczy duńskie hygge (konia z rzędem temu kto wie jak się to czyta!?!). To co: spacer po lesie, kubek parującej herbaty, pogaduchy... - pohyggujmy trochę, na pohybel polskiej rzeczywistości 😊

Polecam książkę Marie Tourell Søderberg "Hygge. Duńska sztuka szczęścia". Innych nie czytałam, jedna wystarczy.

Pierniczki na choinkę

Nieśmiało mówię, że już można. Wystudzone przechowujemy w metalowych pudłach, dekorujemy tuż przed Wigilią domowym lukrem. Staramy się nie zjeść przed czasem - uczymy się w adwencie czekania 🌲❄


Składniki: 1,5 szklanki miodu, 3/4 kostki masła, 1 szklanka cukru pudru, 1 wiejskie jajko, ok. 1 kg mąki orkiszowej, 1 łyżeczka sody oczyszczonej, szczypta soli bez antyzbrylaczy, 1 łyżka cynamonu cejlońskiego, 1 łyżka galgantu, na czubek łyżeczki mielonych goździków, anyżu gwiazdkowego, gałki muszkatołowej (kardamonu, imbiru - do wyboru).

Robimy  (-my, bo rok rocznie korzystam z pomocy dzieci 😊) m a s ę  m i o d o w ą  podgrzewając na małym ogniu miód z masłem, cukrem i przyprawami. Nie zagotowujemy, jedynie mieszamy na ciepło aż do połączenia się składników. Studzimy.
Robimy  c i a s t o  przesiewając do dużej miski pół kilo mąki, wymieszanej z sodą i solą. Wlewamy wystudzoną masę miodową, rozbełtane jajko i mieszamy wszystko łyżką. Stopniowo dosypujemy mąkę aż ciasto przestanie się kleić. Przekładamy na podsypany obficie mąką blat i zagniatamy. Jest mięciutkie, ale lubi przywierać do podłoża, więc dobrze jest przed rozwałkowaniem włożyć je na kwadrans do lodówki (można je w chłodzie zostawić na dłużej, nawet na noc).
Następnie rozwałkowujemy po kawałku na grubość 1 centymetra, wykrawamy wzory (jeśli chcemy zawiesić na choinkę - robimy słomką dziurki) i przekładamy na blachę wyścielaną papierem do pieczenia. Pieczemy kwadrans w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Uwaga - po wyjęciu są miękkie (trzeba być ostrożnym przy przekładaniu), ale stygnąc twardnieją. Pozostawione stopniowo chłoną wilgoć z otoczenia i miękną (to dlatego przechowujemy je w szczelnie zamykanych pudłach).

Naleśniki szpinakowe z kozim serem

Najbardziej lubię je jeść z Ewą, która też je lubi. Kolorem przypominają las i mech, są wytrawne, słone, czosnkowe. Czasem nadziewam je serem pleśniowym, składam w kopertę i przygrzewam tak, aby środek się rozpuścił (ostatnie zdjęcie).


Składniki: 200g mąki (najlepiej orkiszowej), 2 jajka (najlepiej od wiejskiej kury), 1-1.5 szklanki (250-300 ml) wody (można pół na pół z mlekiem, najlepiej surowym), 2 łyżki oleju (używam rzepakowego), 1 łyżeczkę soli, pół łyżeczki pieprzu (lubię młotkowany z kolendrą), szczypta gałki muszkatołowej, kilka garści szpinaku (można użyć mrożonego), 3 ząbki czosnku, masło klarowane do smażenia.

Wypłukany szpinak blanszuję (wrzucam na wrzątek, po krótkiej chwili odcedzam) i kroję na drobne kawałki. Mrożony rozmrażam i odcedzam.
Mąkę, jaja, wodę/mleko, olej mieszam tak, aby powstało płynne ciasto. Dodaję przyprawy, szpinak i przeciśnięty przez praskę czosnek. Ostawiam co najmniej na 30 minut, żeby ciasto odpoczęło (stanie się wtedy bardziej aksamitne).
Patelnię smaruję cienko masłem klarowanym, wylewam ciasto i smażę naleśniki z obu stron na złoto. Podaję ciepłe posmarowane kozim serkiem. 

Kuracja miodem z wszewłogą górską i gruszkami

Wszewłoga górska pochodzi z roślin selerowatych, znaleźć można ją na górskich łąkach i pastwiskach (w Polsce rośnie w Sudetach, ale ja mam ją stąd - klik). Ma wrzecionowate, grube kłącza osiągające długość 20 cm, ciemnobrązowe z zewnątrz, białe w środku, wykopuje się je jesienią i wykorzystuje również do produkcji... wódki, z uwagi na charakterystyczny zapach i smak, podobny do goryczki.


W połączeniu z galgantem (właściwości przeciwgrzybicze, antybakteryjne i antywirusowe), sproszkowanym korzeniem lukrecji (spokrewniona z przeciwzapalnym kortyzolem, można nią wyleczyć zapalenie błony śluzowej żołądka i jelit) i cząbrem (usuwa bakterie gnilne i zarazki chorobotwórcze), wszewłoga górska z dodatkiem gruszek (w charakterze środka przeczyszczającego) i miodu, leczy. Głównie jelita uwalniając je od pleśni (drożdżaków, grzybów Candida), patogenów chorobotwórczych i toksyn, ale kuracja sprawdza się również przy migrenowych bólach głowy i chorobach autoagresywnych. Nasze zdrowie zaczyna się właśnie w jelitach. Pijąc naturalny kefir (rozcieńczam go ciepłą wodą) i dbając o właściwą dietę, zaszczepiam dobre bakterie i liczę na terapeutyczny sukces jeszcze przed świętami. Dołączacie się?

Składniki: 1kg gruszek, 6 łyżek odszumowanego miodu (słoik wstawiamy do bardzo ciepłej wody i zbieramy pianę, która pojawi się na wierzchu - na tym polega odszumowanie miodu), 70g mieszanki ziołowej z wszewłogą górską (klik).

Gruszki obieram, wykrawam gniazda nasienne i gotuję do miękkości, odcedzam na sicie, wodę odlewam. Przekładam je z powrotem do garnka, zgniatam widelcem (można zmiksować blenderem), dodaję miód i zioła, mieszam i zagotowuję (uwaga - wygląda "bagniście" a pozostawiona sama sobie może zachlapać kuchnię!). Wlewam do wyparzonych słoiczków i przechowuję w lodówce (można porcjami zamrozić).

Przed śniadaniem zjadam 1 łyżeczkę, w południe 2 łyżeczki i 3 łyżeczki wieczorem: można na chlebie, w naleśniku, do porannej owsianki. Smakuje lekko pikantnie i bardzo, bardzo ziołowo. W razie braku wszewłogi można dodać starty korzeń kopru włoskiego, ale efekt będzie mniej spektakularny. Kuracja odtruwająca trwa 2-3 tygodnie. Można zrobić ją także na wiosnę.

Więcej niż 4 pory roku - przedzimie

Jesienią piorunujące wrażenie zrobiły na mnie trzy książki: "Nie ma się czego bać", "Sekretne życie drzew" i "Odżywianie dla zdrowia". Wszystkie o tym, że lepiej chcieć mniej, żyć uważniej, patrzeć wnikliwiej (na zdjęciu moje chłopaki w kuchni).


"Wykorzystujemy żywe istoty, które są zabijane dla naszych celów, nie ma tu co tuszować prawdy, pytanie brzmi tylko, czy nie czerpiemy ponad miarę"? (nie chodzi tylko o zwierzęta, ale również o świat roślin, o przysparzanie naturze niepotrzebnego cierpienia). Na przykładzie życia drzew widać, że daleko postępująca indywiduacja, oryginalność ponad miarę i niczym nieuzasadniona rozrzutność to zguba, a my się właśnie zgubiliśmy. Najwyższy czas nawigować rozsądniej. "Żyć spokojniej i w taki sposób, aby jak najmniej złego mogło się wydarzyć" - jak mówi Magda Umer. "I cieszyć się chwilą" (klik).

Zaczynam od uważnego zamiatania podłogi "nie po to, żeby była czysta, ale żeby uważnie żyć". Oczywiście przywykliśmy już do pewnych standardów i nie ma co łudzić się, że to się da zmienić, ale jest przecież kilka sposobów, które pozwolą nam być bliżej środka. Wciąż pracuję nad oszczędnością i szukam mądrych wyjść z niełatwych sytuacji. Zamiatam ostatnie igiełki modrzewia, wycofuję się do wnętrza, energię kierując do centrum. "Jestem człowiekiem ciszy. Najbardziej lubię czytać, obserwować i milczeć" (to znowu Pani Umer, a mnie blisko do niej). Poranki pachną nadciągającą zimą. Wybaczcie więc, jeśli nastąpi krótka przerwa.


PS. Podpłomyki mąż robi specjalnie dla mnie przy okazji produkcji makaronu ❤. Dzieci uwielbiają jego niepłukane kluski z wody. Na środkowym zdjęciu moje zdobycze z osiedlowej rupieciarni.

Prawa użytkownika

Przepisy kulinarne są chronione prawem autorskim w zakresie twórczego opisu potrawy i jej fotografii, sama receptura nie jest chroniona. Co jednak zrobić w sytuacji, gdy ktoś do moich opisów kulinarnych wkleja zdjęcia podobnych potraw i w takiej wersji prezentuje je na swojej stronie? Podaje co prawda link oryginału, ale i tak nie podoba mi się zestawienie mojego przepisu z przypadkowym zdjęciem z internetu. Nie lubię książek kulinarnych tworzonych w ten sposób - to kwestia uczciwości wobec odbiorcy.

(odrobinę szersze kadry moich zdjęć - klik po przepis)

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że ktoś kto wrzuca cokolwiek do internetu musi liczyć się z tym, że zostanie to wykorzystane. Mamy rynek użytkowników - nie autorów, sprzedawców - nie wytwórców, rynek e-fektu mierzony liczbą polubień i subskrypcji. Mnie to zatyka.

Na razie interweniuję.

(chleb żytni - klik po przepis)